:: ona :: on :: ciemnia :: 2003 :: znajomi :: przydatne :: [ ksiega]

DALSZE PRZYGODY OWCY NA STRONIE: WWW.OFCA.BLOX.PL

 

ONA:

[03.06.04] Pakowanie.

Mój umysł ciągle analizuje, sumuje i oblicza. Jadąc autobusem zastanawiam się jak rozłożyć pakunki, żeby nie przekroczyć przepisowej wagi plecaka. Robiąc zakupy rozmyślam, czy aby na pewno wszystko się zmieści i rozważam, czego mogę się bez żalu pozbyć. Nie cierpię pakowania. Mam słabość do kolekcjonowania rzeczy i nawet jak są stare i bezużyteczne nie lubię ich wyrzucać. To dość komplikuje proces pakowania. Wzbijam się jednak na wyżyny swojej wspaniałomyślności przytakując, gdy Choin nominuje kolejne talerze, stojaki i koszulki do wyrzucenia. Również bratowy wyjazd potraktowałam dość instrumentalnie wciskając mu do ręki wypchaną po suwak walizkę. Tak sobie skalkulowałam, kierując się doświadczeniem własnym, że w autobusie nie ważą bagażów, a dopłaca się ewentualnie od sztuki dodatkowej. Jakież było jednak moje zdziwienie, gdy kierowca z satysfakcją wyciągnął wagę i zażądał dodatkowej opłaty. Kiedy dałam upust swojemu zdziwieniu, pan na mnie nakrzyczał, że wdeptuję go w ziemię nie dając mu dokończyć zdania (?).No to jak już dokończył to zdanie, to się dowiedziałam, że wszystkiemu winne są przepisy unijne, których nagle zaczęto ściśle przestrzegać. Chciałabym jednak zobaczyć ten przepis, według którego opłata za nadbagaż wynosi 40 zł lub 10 funtów. Jak dla mnie dysproporcja dość spora, kiedy przeliczy się funty na złotówki. A oczywiście całkiem przypadkowo ludzie, którzy wyjeżdżają z Londynu mają zazwyczaj walutę angielską.

Na planie filmowym.

Całkowitym przypadkiem i zupełnym zbiegiem okoliczności znaleźliśmy się wczoraj na planie filmu "Perfect Strangers". Po wypitym na Covent Garden piwku grzecznie kierowaliśmy się w stronę autobusu, a tu nagle w jednej z bocznych uliczek dojrzeliśmy pana z duuużą kamerą. Gdy zboczyliśmy głębiej okazało się, że jest tam więcej panów ze sprzętem, a także Rob Lowe (grał między innymi w "Ogniach Świętego Elma", "Hotelu New Hampshire" i kilku innych, których nie pamiętam). Z rosnącym znudzeniem obserwowaliśmy jak kilkakrotnie powtarzano scenę, podczas której szedł ulicą i mówił przez telefon. Nie wiem, co on tam robił nie tak, ale reżyser był niezadowolony. Postanowiliśmy więc poczekać aż film ukarze się w kinach, by zaspokoić naszą ciekawość i dowiedzieć się, z kim on tak nawijał.

Pożegnania.

Pożegnań nie lubię. Czasami są jednak dobrą okazją do podziękowania ludziom, za to, co wnieśli do naszej codzienności. Co też uczyniłam. Mam nadzieję, że przynajmniej część z tych znajomości nie skończy się z momentem wyjazdu.

Z tą stroną też przyszła pora się pożegnać. Wyjeżdżamy z Londynu z rocznym bagażem doświadczeń, lekko podreperowanym angielskim i umiejętnościami, niezaprzeczalnie użytecznymi:) Co będzie potem. O tym może na następnej stronie. Już wkrótce ….

[2.06.04] Ostatki.

Z pracą już jesteśmy pożegnani. Choin bardziej hucznie i z procentem, ja - skromnie, z ostatnim panini w ręku. Miłe to uczucie obudzić się rano i mieć świadomość, że nigdy więcej nie włoży się tej okropnej żółtej koszulki:)

Dzisiaj jeszcze pozostało kilka formalności do pozałatwiania. Kilka kopert z polskim adresem do pozostawienia, żeby opóźniona korespondencja jednak dotarła do adresata i ostatnie negocjacje z landlordem.

Na pożegnanie z Anglią odbyliśmy podróż ostatnią. Tym razem tam, gdzie wszystkie Owieczki lubią przebywać najbardziej - nad morze.

Brighton - najbardziej popularna wśród londyńczyków miejscowość nadmorska, przywitała nas dokładnie tak samo, jak pożegnał nas Londyn - deszczowo. Parasolki dzierżąc w dłoniach penetrowaliśmy zakątki miasta. Najbardziej okazała budowla znajduje się w centrum miasta i przypomina przeniesiony z "Bajek Tysiąca i Jednej Nocy" pałac. Okrągłe kopuły, minarety, egzotyczne zdobienia. Kaprys najpierw księcia regenta, a potem już króla, Jerzego IV. Royal Pavilion okazał się idealnie odpowiedni do schadzek z kochankami. A musiał mieć ich sporo, skoro budowla jest tak wielka.

Odnaleźliśmy też wspomniane przez przewodnik urokliwe uliczki ze straganami, które jednak ze względu na pogodę, były raczej urokliwie pustawe.

Najwięcej czasu poświęciliśmy jednak łażeniu po kamienistej plaży i po molo. Długaśne co najmniej jak nasze sopockie, i w dodatku za darmo:). Na samym końcu "Brighton Pier" znajduje się wesołe miasteczko z wszelkimi karuzelami, wagonikami jeżdżącymi do góry nogami, szalonymi myszami i całą resztą. Nadal nie mogę wyjść z podziwu, że molo to wszystko wytrzymuje.

Morze zupełnie różne od naszego. Przypływy, odpływy, nogi krabów na kamieniach.

Na kamiennych schodach uczciliśmy nasze pożegnanie z Anglią. Szampan wystrzelił odstraszając mewy. A my, no cóż ….

[27.05.04] Polacy, których spotykam …

Siedzimy w kawiarni, zamawiamy cappuccino, kelnerka obraca się plecami i na jej włosach dostrzegam spinkę z imieniem "Agnieszka". Potem podsłuchuję jak opowiada angielskim klientom jak to w Polsce była tylko "office worker".

Idziemy do sklepu fotograficznego, rozmawiam z panem o przegraniu zdjęć na płytę, nagle dostrzegam plakietkę z imieniem: "Franciszek" i nazwiskiem z "sz" i "rz" w środku. Kiedy w końcu oboje identyfikujemy się jako rodacy, stwierdzamy, że tak naprawdę to wszyscy tutaj są Polakami tylko się ukrywają i przybierają obcojęzyczne nazwiska.

Co piątej klientce mojej kawiarni wypadają z portfela grosze obok pensów, wysuwa się karta ubezpieczeniowa "Pogodna jesień" lub Visa Elektron z napisem PKO BP S.A.

Coraz częściej napadają na mnie w kawiarni Polki (dość bezceremonialnie) i pytają jak tu wkręcić się do Starbucksa i to najlepiej na moje miejsce. A tak w ogóle, to jako rodaczka, powinnam im od razu pracę znaleźć. I to koniecznie dobrze płatną.

Zaczynam już mieć lekką schizę. Dziś śniło mi się, że nas sąsiad Arab też okazał się Polakiem i przepraszał nas, że wcześniej się nie przyznał, ale to dlatego, że jest nieśmiały.

*****

Moje kawy ostatnie.

Ostatni tydzień w Starbucksie. Z ulgą myślę o rozstaniu z firmą, aczkolwiek lekka nostalgia też się pojawia. W końcu z niektórymi pracowałam prawie rok i trochę się zżyliśmy. Aparaty pstrykają uwieczniając nas ku pamięci.

Niektórzy wyrażają nawet smutek z powodu mojej rezygnacji i powrotu do kraju. Czasami jest on interesowny. Dobrze wiedzą, że nikt im nie będzie tak sklepu zamykał jak ja:) A niektórzy patrzą na mnie jak na dziwaczkę. "Przecież tam u was w ogóle nie ma pracy!!!" - poinformowała mnie Litwinka.

*****

Pogoda pod kaczką.

Pogoda wyraźnie nie chce współpracować. Chmurzaście i deszczowo, a tu chciałoby się w słońcu spacerować. Zdjęcia też tylko w czerni i bieli wychodzą.

*****

Oprowadzając Marcina po Londynie, odwiedzamy "stare kąty" i miejsca, które tak bardzo przesiąkły naszymi wspomnieniami. Pamiętamy nawet pierwsze bary, w których szukaliśmy pracy. Czuje się, jakby to było wieki temu. Od tak długa zaznajemy przecież naszej małej stabilizacji. Coś mi się jednak wydaje, że już niedługo czeka nas nowa burza i dalsze poszukiwania swojego miejsca na świecie. I może być zupełnie tak samo jak rok temu, czyli cholernie ciężko.



[25.05.04]
Takie tam …

Rok temu o tej porze planowaliśmy z Choinem wyjazd do Londynu. Czasu na przygotowania nie mieliśmy za dużo, bo prawie do ostatniego dnia trzeba było coś zaliczać na uczelni albo sprzedawać bilety w kinie. Teraz - pora z Londynu wyjechać. Koło się zamyka. Na załatwienie czeka trochę formalności, papierki żądają wypełnienia, a to wszystko, żeby wyciągnąć jeszcze parę pensów od królowej.

******

Na nogach ledwo stoję, odczuwając skutki ośmiogodzinnej porannej zmiany. Zgodziłam się pojechać na szóstą rano na Notting Hill zupełnie zapomniawszy, że czymś przecież muszę tam dotrzeć. Oto efekt rozpuszczenia i mieszkania dziesięć minut od pracy. Metro nie jeździ, autobusy też jakoś albo za wcześnie, albo za późno. Zrobiłam sobie więc spacerek o godzinie piątej rano. Dojechałam autobusem w najbliżej położonego przystanku, a resztę pokonałam na piechotę. Spokój, cisza, przyjemny, poranny chłód. Przyjemny do czasu, kiedy nie jest się zmuszonym do czekania pod sklepem na spóźnionego supervisora. Na szczęście poranna kawa łagodzi obyczaje.

Pracowałam już w dzielnicach mniej lub bardziej mieszanych kulturowo, biedniejszych i bogatszych, ale Notting Hill to jedna z najbardziej snobistycznych. Klienci to praktycznie tylko Anglicy. Mężczyźni w szykownych i modnych jeżach na głowie, panie w japonkach i przewiewnych spódnicach. I wszyscy oni, jak prawdziwi Anglicy, przesadnie elokwentni w swojej grzeczności.

*****

Marcin przyjechał. Bez przeszkód i na dowód osobisty. Trudności spotkały go dopiero tutaj, kiedy czekaliśmy na siebie na zupełnie różnych dworcach o podobnej nazwie. Nie ma to jak szeroko rozumiana komunikacja.

*****

Choin i Marcin zajadają właśnie "angielskie śniadanie" na kolację. Zgłodnieli po wizycie w pubie. Ja staram się trzymać linię i piję soczek. Pub nazywał się "The Warrington" i był bardzo długo własnością Kościoła Anglikańskiego. Przewodnik po pubach londyńskich informuje, że spora część z wiktoriańskich pubów była powiązana z finansowymi przedsięwzięciami Kościoła. A że interes był to opłacalny … nikt nie zaprzeczy. Zacny patron nie przeszkadzał wcale lokatorkom pierwszego piętra uprawiać nierząd. Kwestią nierozstrzygniętą jest czy świętobliwi właściciele o tym wiedzieli:). Obecnie na miejscu dawnego piętra uciech, można zakosztować tajskich potraw przy akompaniamencie płetw kolorowych rybek w akwarium. A na dole i w ogródku - zasiąść nad piwkiem lub winkiem. Bywa tłoczno …. zwłaszcza w majowe wieczory.


[25.05.04]
Takie tam …

Rok temu o tej porze planowaliśmy z Choinem wyjazd do Londynu. Czasu na przygotowania nie mieliśmy za dużo, bo prawie do ostatniego dnia trzeba było coś zaliczać na uczelni albo sprzedawać bilety w kinie. Teraz - pora z Londynu wyjechać. Koło się zamyka. Na załatwienie czeka trochę formalności, papierki żądają wypełnienia, a to wszystko, żeby wyciągnąć jeszcze parę pensów od królowej.

******

Na nogach ledwo stoję, odczuwając skutki ośmiogodzinnej porannej zmiany. Zgodziłam się pojechać na szóstą rano na Notting Hill zupełnie zapomniawszy, że czymś przecież muszę tam dotrzeć. Oto efekt rozpuszczenia i mieszkania dziesięć minut od pracy. Metro nie jeździ, autobusy też jakoś albo za wcześnie, albo za późno. Zrobiłam sobie więc spacerek o godzinie piątej rano. Dojechałam autobusem w najbliżej położonego przystanku, a resztę pokonałam na piechotę. Spokój, cisza, przyjemny, poranny chłód. Przyjemny do czasu, kiedy nie jest się zmuszonym do czekania pod sklepem na spóźnionego supervisora. Na szczęście poranna kawa łagodzi obyczaje.

Pracowałam już w dzielnicach mniej lub bardziej mieszanych kulturowo, biedniejszych i bogatszych, ale Notting Hill to jedna z najbardziej snobistycznych. Klienci to praktycznie tylko Anglicy. Mężczyźni w szykownych i modnych jeżach na głowie, panie w japonkach i przewiewnych spódnicach. I wszyscy oni, jak prawdziwi Anglicy, przesadnie elokwentni w swojej grzeczności.

*****

Marcin przyjechał. Bez przeszkód i na dowód osobisty. Trudności spotkały go dopiero tutaj, kiedy czekaliśmy na siebie na zupełnie różnych dworcach o podobnej nazwie. Nie ma to jak szeroko rozumiana komunikacja.

*****

Choin i Marcin zajadają właśnie "angielskie śniadanie" na kolację. Zgłodnieli po wizycie w pubie. Ja staram się trzymać linię i piję soczek. Pub nazywał się "The Warrington" i był bardzo długo własnością Kościoła Anglikańskiego. Przewodnik po pubach londyńskich informuje, że spora część z wiktoriańskich pubów była powiązana z finansowymi przedsięwzięciami Kościoła. A że interes był to opłacalny … nikt nie zaprzeczy. Zacny patron nie przeszkadzał wcale lokatorkom pierwszego piętra uprawiać nierząd. Kwestią nierozstrzygniętą jest czy świętobliwi właściciele o tym wiedzieli:). Obecnie na miejscu dawnego piętra uciech, można zakosztować tajskich potraw przy akompaniamencie płetw kolorowych rybek w akwarium. A na dole i w ogródku - zasiąść nad piwkiem lub winkiem. Bywa tłoczno …. zwłaszcza w majowe wieczory.


[19.05.04] Markery a sprawa europejska.

Po przyjęciu nas do UE zmian doświadczamy my - wkraczający, "stara" UE - do której wkraczamy, ale i cała reszta, która jeszcze nie wkroczyła, albo w ogóle nie wkroczy, bo za dużo jest wkraczających.

W Londynie zjednoczenie Europy najbardziej uderzyło w "przemysł językowy". Wszystkie szkoły języka angielskiego przeżywają chwile trwogi. Polacy, Czesi, Litwini, Słowacy i cała reszta nie muszą już posiadać certyfikatu szkoły, żeby otrzymać wizę, bo przecież nie potrzebują wizy. Raczej niewielu z nich będzie wykupywało kursy. Odpadła im więc połowa klientów. A co gorsze, Home Office zaostrzył przepisy imigracyjne dla reszty świata i teraz Brazylijczycy, Chińczycy, Japończycy itd. za wizę będą płacić 700 funtów. Mało kogo będzie stać na taki wydatek. I właściwie … o to chodzi rządowi. Chcą ograniczyć liczbę imigrantów, bo i tak muszą się teraz uporać z najazdem z Europy Wschodniej i Środkowej. Niekoniecznie jest to na rękę szkołom. Mniejsze i mniej znane - ledwie zipią. Większe - na razie - stawiają czoła nieprzychylnym czasom. Nie wiadomo jednak jak długo potrwa ta ich walka o byt. Nie dość, że studentów nie przybywa, to jeszcze Home Office zaostrzył kontrole. A jak na razie szkołom pozostaje cała gama działań, które przedłużą egzystencję, czyli zwolnienia nauczycieli, obcinanie im stawek oraz pouczenia o prawidłowym używaniu markerów, których masowe zużycie naraża budżet szkoły - zawsze częścią piszącą do dołu, aby tusz mógł prawidłowo spływać i zapobiegać wysuszeniu.

PS. Wstąpienie do Unii Europejskiej wpłynęło również na zmianę ceny znaczków na listy do Polski. Poinformował mnie o tym z niejaką satysfakcją pocztowiec, który wyśmiał moje odliczone 38 pensów i kazał zapłacić - 40!


Jeszcze tylko 6 zmian …

Nie wiem czy to już kwestia zmęczenia, czy robię się przewrażliwiona na stare lata, ale mam dość machających na mnie Arabów, zarozumiałych Anglików i kłótliwych bab. Może miałam ich dość już wcześniej, ale jakoś mnie nie niepokoili. Ostatnio jednak miarka się przebrała i mam w nosie wszystkie zasady "customer service". Do takowych gburów nie uśmiecham się, robię im łaskę, że żyję i grobowym głosem mówię "Thank You". Odbierają to oczywiście bardzo osobiście, że jakoby ja jestem nieuprzejma, a oni to kwintesencja kultury osobistej. I robią się upierdliwi … jeszcze bardziej. No i oczywiście śmiertelnie się obrażają, chociaż tak naprawdę nawet nie zdążyłam im nic obraźliwego powiedzieć. A wierzcie mi, czasami mam ochotę. Diabeł się we mnie budzi i na złość mam ochotę coś zrobić. Anioł jednak się odzywa i radzi nie zniżać się do poziomu podłogi. Odwracam się na pięcie i powtarzam: jeszcze tylko 6 zmian.

PS. Proponuje stare żydowskie przekleństwo: "Obyś cudze dzieci uczył", zamienić na: "Obyś w usługach pracował!".


Weekend ...

Weekend zaczął mi się w sobotę. Rano zakupy, potem - British Museum (po raz kolejny - no cóż, lubię oglądać mumie) i wreszcie spotkanie z Choinem, który do popołudnia zmagał się z hipnotyzerem. Zrobiliśmy sobie spacer, unikając zatłoczonych i dusznych autobusów. Wstąpiliśmy po drodze do pizzeri na Soho, gdzie znaleźliśmy wytchnienie przed upałem, strawę dla ciała i nieuprzejmego starszawego kelnera. Przedstawiciel pokrewnego fachu obsłużył nas, bo musiał, a nie był zachwycony, bo nie wyglądaliśmy na takich, co mu zostawią 50 funtów napiwku. Nadskakiwał za to pijanemu Amerykaninowi, który niestety siedział koło nas. Koleś nie mógł sobie poradzić z utrzymaniem noża i widelca w ręku, więc uczynny kelner sam mu pizzę pokroił. Popieprzył mu ją, podsunął po nos i w myślach czekał na sumkę, którą pijany i rozrzutny człowiek może mu zostawić. Z niejaką satysfakcją obserwowałam potem, jak Amerykanin bez słowa wstał, zostawił jedzenie i z butelką wina dosiadł się do innych ludzi, wprawiając tym kelnera w apopleksję. Napomniany, grzecznie, aczkolwiek chwiejnym krokiem, powrócił do stolika, ale już było widać jak kombinuje, żeby tu się wymknąć nie płacąc rachunku. Nie sądzę, żeby mu się w tym stanie udało. Ale kelner swojego napiwku na pewno nie zobaczy.

Potem zbłądziliśmy do Hyde Parku, gdzie czekała na nas zielona trawka do poleżenia i mnóstwo kobiet w biustonoszach. Dumnie odziane piersi (jak bardzo dumne, możecie zobaczyć we Fresz Foto) były elementem rozpoznawczym uczestniczek nocnego maratonu, który odbywał się dookoła Londynu. Panie biegły jednocząc się we wspólnej idei walki z rakiem piersi. A Choin robił im zdjęcia … nierzadko z perspektywy ślimaka, żeby nie były skrępowane obecnością naszego malutkiego obiektywu z trzykrotnym zoomem:).

Niedzielę rozpoczęliśmy wizytą na basenie. Dawno się tak nie wypławiłam, bo trudno powiedzieć: wypływałam. Staram się jak mogę, ale jak na razie najlepiej mi wychodzi styl kijanki (wczesne stadium żabki). Choin mówi jednak, że drzemie we mnie wyczynowiec i dlatego zapowiedział kolejny trening na następną sobotę.

Gdy słońce oddalało się z wolna na spoczynek, my pieczętowaliśmy winem "Heliosowo - Dziennikarsko - I Nie Tylko" spotkanie na zielonej trawce. Lało się wytrawne i półsłodkie, z korkiem plastikowym i prawdziwym, z roku 2002 i wcześniejsze. I uderzało do głowy. Przegnani chłodem wiosennej nocy penetrowaliśmy zakątki Hyde Parku - także te ogrodzone, aby ostatecznie wylądować w pubie nad dzbankiem "Mai Tai". A przy stoliku obok siedział pan z Yorku, który dawał Marcinowi sprawdzać świeżość kanapki, którą zrobiła mu żona.

PS. Nie muszę chyba nikogo uświadamiać, że następny poranek był, tym, który chciałabym zapomnieć.


[14.05.04] Lenistwo piątkowego ranka.

Budzę się o siódmej rano. A raczej Choin mnie budzi, "szczęśliwy" z faktu, że idzie do pracy. A tu jasno jak w południe. Słońce przedziera się przez zielone zasłony i nie daje zamknąć ponownie oczu. A ja chciałam sobie jeszcze pospać! W końcu! Zwłaszcza, że dzisiaj plan mam do szkoły nie jechać i nie musze się zrywać. Wiercę się, chowam pod kołdrą, liczę barany, chowam w rogu kanapy. Nie da rady. Nie zasnę ponownie. Bez sensu się tak kokosić. No to chyba wstanę.

Chłodnawy prysznic przynosi orzeźwienie. Z rosą na skórze siadam nad codzienną miską płatków z mlekiem. Sięgam po wtorkową "Gazetą Wyborczą". Czytam od deski do deski spragniona drukowanego polskiego słowa pisanego. A wieści niekoniecznie optymistyczne. Jeszcze wczoraj Jaga pisała mi, że bawi się na Polach Marsowych a tu czytam, że juwenalia nie dla wszystkich okazały się okazją do bezpiecznej zabawy. A dla niektórych były niestety ostatnimi.

******

Na telewizorze stoi kartka z życzeniami świątecznymi, które otrzymałam wczoraj. "Thank You very much for your hard work over this period. I wish You a Merry Christmas and an Happy New Year" napisała mi szefowa w grudniu. W wyniku różnych zapodziań i zagubień czerwony kartonik trafił do mnie dopiero teraz. A ja nawet nie mogę jej życzyć tego samego, bo rok już prawie na półmetku.

******

Telewizor gra, bo nie lubię ciszy. Nuda jednak straszna. Włączam Stinga. Niepotrzebnie. Zaczęli właśnie ścinać gałęzie na drzewie na pobliskim podwórku. Cisza mi już nie grozi.

******

Trzynasty wczorajszy minął mi w miarę spokojnie. Tyle, że w mojej własnej tradycji to czasami czternasty bywa pechowszy. Zastanawiam się, czy powinnam w ogóle wychodzić z domu. Nie da rady. Praca czeka.

*****

Leniwy okazał się ten mój piątkowy ranek. To dobrze, zwłaszcza, że wieczór będzie intensywny w pracy. Nastała bowiem era frappuccino i rąk nam brakuje do mieszania drinków. Pocieszam się tylko tym, że cały weekend wolny. Mam zamiar spędzić go na basenie. Jak mi się uda, to w niedzielę powinien mi wyrosnąć rybi ogon. Przynajmniej problem obuwia odpadnie.


[12.05.04] Ludzie bez imion.

Szwedka w Białej Kurtce, Staruszek z Fostersem, Kobieta Bez Butów, Bezdomny na Deskorolce czy Staruszek z Camden. Widuję ich prawie codziennie w drodze do pracy, w kawiarni lub z okna autobusu. Wyglądają inaczej niż reszta przechodniów. Przyciągają uwagę i zapadają w pamięć.

Szwedka w Białej Kurtce. Jest naszą stałą klientką. Bez względu na pogodę, ubrana jest w białą, puchową kurtkę, którą lubi się owijać albo ubierać tył na przód. Resztę stroju czasami zmienia i często są firmowe ubrania. Nie mam pojęcia skąd ma pieniądze, ale je ma. A jeśli nie ma, zawsze znajduje kogoś, kto ją sponsoruje. Ciężko określić jej wiek. Z daleka wygląda, jak młodziutka dziewczyna, głównie za sprawą krótkiej fryzury z grzywką. Z bliska można jednak dojrzeć zmarszczki dookoła jej niebieskich oczu. Przychodzi do kawiarni odkąd zaczęłam tam pracować. Od czerwca do grudnia w okresie od poniedziałku do piątku zawsze zjawiała się w towarzystwie starszego od niej mężczyzny. Zawsze kupował jej wszystko, czego sobie zażyczyła. Siedzieli tak przez kilka godzin niby razem, ale osobno. On czytał gazetę albo opowiadał coś, nie zważając, że ona go w ogóle nie słucha, zajęta patrzeniem się przez okno. Nigdy nie rozgryźliśmy tego układu. Nagle w grudniu przestał się pojawiać On. Szwedka nie zmieniła przyzwyczajeń. Dalej przesiaduje u nas, w Cafe Nero albo w MacDonaldzie. Czasami można ją spotkać wieczorami na Edgware Road, kiedy błądzi po ulicy i krzyczy w niebogłosy. Nie wiem, co ta dziewczyna ma w sobie, ale potrafi wywołać współczucie u zupełnie obcych ludzi. Nawet ich nie zagaduje, ot, po prostu siedzi i rozgląda się dookoła. A oni podchodzą i pytają czy chce coś do picia albo jedzenia. Zazwyczaj jej zachcianki mieszczą się w granicy 5 funtów. Nie słyszałam też, żeby komukolwiek powiedziała: dziękuję.

Kobieta Bez Butów. Często, choć nie regularnie, widuję ją bosą przemierzającą Edgware Road. Zdarza jej się przebierać na ulicy, nie zważając na otaczających ludzi. Jej rzadkie, siwe włosy lepią się zazwyczaj do twarzy. Gdy je odgarnie, widać ciemne oczy, które pozostają w ciągłym ruchu. Jej wzrok prześlizguje się z przedmiotu na przedmiot i nie zatrzymuje się nawet na chwilę. Kiedy zamawia swoje cappuccino, zawsze mówi za głośno. Słychać jej silny, angielski akcent. I chociaż wydaje się nie w pełni kontrolować swoje myśli i zachowania, wygląda na osobę, która dokładnie wie gdzie idzie. I zawsze się tam spieszy.

Staruszek z Fostersem. Siedzi zawsze na tej samej ławeczce, tego samego przystanku autobusowego na Halloway. Widuję go jadąc do szkoły. Codziennie o 10:30. Starannie i czysto ubrany dzierży w dłoni puszkę Fostersa. Koło nogi, na ziemi leży już jedna opróżniona puszka, a obok pod ławeczką, w niebieskim worku czekają jeszcze dwie. Często siedzi samotnie i przygląda się przejeżdżającym autobusom. Wydaje się być dobrze znany w okolicy. "Miejscowi" zagadują go często, pozdrawiają, pytają o zdrowie. Nie wiem jak długo tam siedzi, ani gdzie przesiaduje potem. Wiem tylko, że o 13:30, kiedy wracam ze szkoły, ławeczka jest już pusta.

Bezdomny na Deskorolce. Widuję go zawsze wieczorem, kiedy wracam z pracy. Przesiaduje pod sklepem "Marks & Spencer" i zawsze czyta książkę. Ma amputowaną jedną nogę i dlatego porusza się na dużej deskorolce. Do zdrowej, zawsze bosej, stopy, za sznurówkę przywiązuje jedynego buta jakiego ma. Kiedy siedzi tak o zmroku, wykorzystując światło z witryny sklepowej, wydaje się zupełnie nieświadomy otaczającego świata. Po prostu czyta.

Staruszek z Camden. Staruszka zawsze widuję, kiedy przesiadam się na autobus 29 na Camden. Musi być poważnie chory, ponieważ porusza się o kulach, a i wtedy kroki sprawiają mu ogromną trudność. Zawsze ma na sobie za duży granatowy garnitur, białą koszulę i za luźną czapkę z opadającymi na uszy klapami, która zsuwa mu się na oczy. Na stopach ma większe o kilka numerów buty, które człapią mu podczas każdego kroku. Porusza się bardzo wolno zaciskając zęby. Zazwyczaj dociera do mojego przystanku i siada na ławeczce, aby odpocząć. Nie wiem, gdzie zmierza potem, bo mój autobus zawsze jest szybszy.

Regularność pojawiania się tych postaci na poszczególnych etapach mojej codziennej drogi, powoduje, że ich obecność staje się czymś normalnym. W drodze do szkoły wypatruje obu Staruszków, w pracy czekam, kiedy pojawi się Szwedka, a wracając do domu zerkam, czy Bezdomny na Deskorolce czyta wciąż tę samą książkę. Jeśli coś zaburza tę regularność, zaczynam o nich myśleć. Czy aby Staruszkom nic się nie stało, czy Szwedka nie narobiła sobie kłopotów tym krzyczeniem, albo czy policja nie przymknęła Bezdomnego. Po kilku dniach absencji odnajduję ich w tym samym miejscu, spokojnie poddających się rytmowi swojego własnego świata, a i po części mojego, którego są zupełnie nieświadomi.


[10.05.04] O wyższości listy przebojów nad wiadomościami.

Szkoda, że nie mamy pilota do telewizora. Ale z drugiej strony … nasz pokój jest taki "wielki", że wystarczy się wychylić z łóżka, żeby sięgnąć po przyciski na dole ekranu. Na pierwszym kanale - film o wiedźmach, które zamieniają dzieci w myszy. Ciągle jeszcze czuję się smarkata, więc zagrożona przełączam na następny program. Doniesienia z Iraku i relacje z kolejnego samobójczego ataku terrorystycznego przypominają mi o mojej dorosłości. Już nie boję się wiedźm, tylko okrucieństwa i fanatyzmu. Kolejne wiadomości wcale mnie nie uspokajają. Komentatorzy zastanawiają się, czy ujawnione przez "Daily Mirror" zdjęcia znęcania się nad irakijskimi więźniami są prawdziwe. Po raz setny na ekranie pojawiają się omawiane fotografie i zakapturzone postacie muzułumanów w ubliżających pozach wyreżyserowanych przez strażników. Niesmak i oburzenie. Jeszcze większe, gdy jeden z komentatorów piętnuje redakcję gazety (odpowiedzialną osobę nazywa "idiotą") za publikację dowodów znęcania się nad więźniami. "Ekspert" uważa, że teraz "ich chłopcy" są narażeni na jeszcze większe ryzyko. I to wszystko wina dziennikarzy! Wolność prasy? Oczywiście … o ile jest kontrolowana. Przełączam w końcu na angielską wersję "Mini listy przebojów". Kicz do kwadratu, ale przynajmniej żadnej wojny, katów i ofiar. Tylko trzeba przywyknąć do tego, że Cher ma aparat na zębach, a JLo wypchany biust.

Świat liczb.

Wreszcie udało nam się umówić na spotkanie w celu przyznania Insurance Numer - odpowiednik polskiego NIP-u. Mężczyna powiedziałby, że IN jest jak kobieta: da się bez niego żyć, ale jak już się go ma - to umila życie. Płaci się dzięki niemu mniejszy podatek i jest się bardziej wiarygodnym w kontaktach z instytucjami państwowymi. Ale jak każdy przedmiot pożądania, IN jest trudno osiągalny. Decydujący o szczęściu moment to rejestracja telefoniczna. Setki numerów, miliony sygnałów ZAJĘTE w słuchawce i rzadko, kiedy głos po drugiej stronie. Ale w końcu, w deszczowy wtorkowy ranek, udało się. Zarejestrowaliśmy się i zostaliśmy poinstruowani o konieczności zaopatrzenia się we wszystkie możliwe dokumenty potwierdzające nasze miejsce zamieszkania, miejsce pracy i legalność pobytu. Co też uczyniliśmy.

Miejsce spotkania: Security Office. Budynek w architekturze bardzo klasyczny, kolor - trudny do zidentyfikowania, ze względu na warstwę zanieczyszczeń. Ale drzwi na przykład były automatyczne i nawet działały.

Maszyna przy wejściu po podrażnieniu zielonego guziczka wypluła mój numerek. Przedarłam się przez grupę oczekujących na spotkane oraz "miejscowych". Ci ostatni są stałymi gośćmi, trudno powiedzieć klientami, którzy w wyniku problemów mieszkaniowych, zadomowili się w bardzo przestronnym i gustownie umeblowanym holu, hojnie korzystając z ogrzewania w zimie i klimatyzacji w lecie. Starając się na nikogo nie nadepnąć, ani na nikim nie usiąść, zajęłam miejsce i oddałam się rozkosznej czynności czekania i nasłuchiwania.

Czas płynął, bezdomni się zmieniali a marihuana owiewała mnie ze wszech stron. W końcu przyszła moja kolei. Stawiłam się przed szybką z numerem 1, pewna, że to już Tu i Teraz. Ku mojemu zdziwieniu jednak, nie był to ostatni przystanek w biurokratycznej podróży, a tylko przesiadka. Ukryta za szklaną barierą pani skierowała mnie na pierwsze piętro i kazała czekać. Znów musiałam nasłuchiwać swojego numeru. Tam nie było jednak tak prosto, albowiem numery wywoływane były nie po kolei. Konieczne było maksymalne skupienie.

Wreszcie po numerze 568 wywołano 234, czyli mój. Skierowałam się do wskazanego pomieszczenia. W małym pokoiku za szybą czaił się urzędnik. Spojrzał w moje akta i całkiem inteligentnie skontatował, że jestem Polką. Na przywitanie zaserwował mi więc wszystkie polskie przekleństwa jakie udało mu się przyswoić podczas kontaktów z moimi rodakami. A znał ich kilka. Nie wiem, czego oczekiwał, ale nie okazałam zachwytu, więc skończył na "pierdolić". Zaproponowałam, żeby poszerzył swój słownik o inne wyrazy, bo te są już nudne.

Nagle zniknął gdzieś, a potem równie niespodziewanie pojawił się dzierżąc pod pachą jakieś formularze. Zapytał o kilka moich dokumentów i zaczął wypełniać puste ramki. W międzyczasie uzewnętrzniał się, ku mojej rozpaczy, bo gadał bez sensu i tylko mnie denerwował. Oprócz głupich pytań typu: "Czy podoba Ci się w Londynie?" (pyta mnie po roku pobytu), wysilał się na analizy pseudo-ekonomiczne, wyrokując, że teraz to nasza gospodarka na pewno upadnie. Bo przecież jak Hiszpania wstąpiła do EU, to się tam zaczął kryzys, a on wie, bo tam wtedy pojechał i było bardzo drogo (Hiszpanie mają trochę inny pogląd - po przystąpieniu do EU, nastąpił tam boom gospodarczy). Poza tym to w Anglii będzie niedługo druga Polska, bo teraz już jest tu mnóstwo Polaków, a już po tym kryzysie, to nikt pewnie w kraju nie zostanie. A potem to już przestałam go nawet słuchać, tylko zajęłam się podpisywaniem podsuwanych mi dokumentów. Nawet nie chciało mi się z nim polemizować. Jakoś czułam, że nie ma to większego sensu.

Poinformował mnie jeszcze, że musimy się zarejestrować w Home Office i zapłacić 50 Ł. Pozwoliłam sobie skrytykować akcję informacyjną rządu i błędy w materiałach, które dostarczają zainteresowanym. Urzędnik wzruszył tylko ramionami i na pocieszenie powiedział: "No, ale te pieniądze musicie zapłacić tylko raz …".

Na zakończenie zapewnił mnie, że Insurance Number otrzymam po 6 tygodniach (Choinowi powiedział, że po 8), ale z tego co się później dowiedziałam, to po dwóch. I jak tu wierzyć urzędnikom?

Więcej>>>

Strona zawiera zdjęcia, fotografie z Londynu, blog z Anglii i Londynu, Polacy w Anglii, Londynie - i ich życie.

Wszelkie prawa do tekstów i zdjęć zastrzegamy sobie - takie czasy.


pozycjonowanie, marketing


Blog z Londynu


Londyn, Anglia - blog z Londynu - zobacz to naszymi oczami: londyn, anglia, wielka brytania, praca w londynie, nauka w londynie, wyprawa do londynu, wyjazd do londynu, wyjazd do anglii, pobyt w londynie, blog z londynu.

Videofilmowanie    scenariusz filmowy online

forum filmowe